KLUTE - The Emperor’s New Clothes
21-05-2007 at 12:47 | In drum and bass | 1 CommentBackground (czyli tło)

Klute wydaje mi się być typkiem nieco znanym wśród osób, które wiedzą, co jest grane. W miarę regularnie wypuszcza jakiś singiel, a teraz kolejny LP. Premiera winylowa miała miejsce w lutym, a (znacznie obszerniejsza) wersja CD ujrzała światło dzienne pod koniec kwietnia. Płytę w zasadzie odkryłem (i się wczułem ;]) po kilkukrotnym ‘odsłuchawkowaniu’ w porannej drodze do pracy i popołudniowej - do domu. Trzeba jednak przyznać, że już przy pierwszym kontakcie nie odrzuca, co by nie stwierdzić, iż zupełnie odwrotnie jest. Z kwestii ogólnych należałoby jeszcze dodać, że album to dwupłytówka z wyraźną częścią główną i nieco bardziej odjechanym CD2. Skupię się zdecydowanie na tym pierwszym.
Genre/style (czyli rodzaj/styl)
Tak, jak poprzednio opisywany SKC (a także np. Calibre), Klute to przestawiciel labelu Commercial Suicide, co stwierdzenia, iż klimat produkcji będzie podobny do tego, co stworzył wyżej wspomniany Węgier, bezpodstawnym nie czyni. Ujmując styl w dwóch słowach, określiłbym go mianem ‘żywego atmosphericu’. Album jest spokojny, głęboki, ułożony, miękki, żeby nie powiedzieć - momentami refleksyjny. Czyli, jak nietrudno się domyśleć - płyta nie na szaloną bibę, tylko raczej do samotnej, radosnej kontemplacji. Czasem jest w ogóle wolniej (jak w 174BPM), czasem bardziej szalenie (Shirtless), ale ogólnie - dosyć równo, czyli tak, jak należy. Pełno głębszych padów i basów, oczywiście mnoży się od delayów (echa), nie brak lekko trance’owych, arpeggiowatych motywów; generalnie wszycho elektroniczne i na wysokim poziomie.
Tak to mniej więcej wygląda w głównej części albumu (CD1). W tej bardziej odjechanej jest… odjechanie ;). To już nie dnb i nie athmospheric. Na tym krążku króluje minimal i przeróżne techy, clickowatości. Nie każdy to lubi - klimaty już raczej dla osób o dłuższym stażu w elektronice (bądź dla nowicjuszy - kumplowi pasowało ;]) - mi się podoba. Do tego na koniec 3 spokojniejsze tracki, w tym 2 to standardowe lo-fi (bez rewelacji), a trzeci - jazda w stylu Boards of Canada (jw.).
Summation (czyli podsumowanie)
Jeśli komuś spodobał się SKC, do tego ogólnie lubi atmospheric (a kto nie lubi? :P), bądź nie zna, a chce spróbować, polecam zaopatrzyć się w płytę. Jak już jednak wspomniałem, hitów bibowych nie ma (no, chyba, że ktoś urządza jazdy z minimalami, clickami itd.), ale tych przecież w szeroko pojętym dnb totalnie nie brakuje.
Próbek nie zamieszczam, bo są na podanej wyżej stronie Commercial Suicide. W tym momencie wiszą jeszcze na stronie głównej, a kto chce, to sobie znajdzie, co chciał będzie :]
SKC - Killing Me Softly
05-01-2007 at 19:28 | In drum and bass | 1 CommentBackground (czyli tło)
SKC podobno jest znany. Pewnie prawdą to jest, ja o nim żadnego pojęcia wcześniej nie miałem ;). Z netu dowiedzieć się można, że typ naprawdę nazywa się Gabor Nagymathe i jest z Budapesztu. Wydawał także w Hospital, DSCI4, Obsessions i Nerve, co każe sądzić, że byle kim nie jest. Jego debiutancka płyta wpadła mi w łapki właściwie przypadkiem - przeczytałem gdzieś, że w końcu wyszła wielce oczekiwana płyta słynnego SKC i pewnie wzbudzi kontrowersje. No i? No i, standardowo, nic. Po prostu kolejna, świetna, inteligentna dramenbejsowa produkcja, których sporo już jest, a i tak ciągle za mało ;).
Genre/style (czyli rodzaj/styl)
Trudny orzech… Nie wiem, jak do końca zakwalifikować twórczość pana SKC. Może zacznę od czego, czym na pewno nie jest. Na pewno nic w stylu electrostepu Johna B, mroków Dieselboya, czy szatańskiego zła wychodzącego od Technical Itch, czy Limewax i reszty wesołej gromadki spod szyldu Tech Itch. Nie są to też jump-upy z Ganja Records, zatem ci, którzy mają problemy z akceptacją czegoś powyżej Aphrodite’a nie powinni zbliżać się do płyty ;). Mi osobiście kojarzy się nieco z DJ Krustem i jego świetnym Hidden Knowledge (postaram się kiedyś o tym napisać), jest też tu nieco atmosphericu, więc miłośnicy Bukema, Big Buda, czy Calibre powinni czuć się ok. Nie brak także elementów hospitalowych. Momentami jest nawet lekko Teebee’owato, ale naprawdę tylko troszkę ;).
Mówiąc krótko - ciepła muzyka, bas głęboki i raczej w tle. Nie brak dłuższych melodycznych padów, cymbałów, kobiecego głosu, perkusja także delikatna, nie żaden headbanger ;). Wniosek prosty - jeśli weźmiesz tą płytę na imprezę, zostaniesz uznany za nudziarza, dziwnego ekscentryka i sztywniaka. Jeśli natomiast puścisz ją w tle, siedząc z drugą osobą przy kominku, bądź po prostu sam, ze słuchawkami na uszach (jak ja teraz), poczujesz się pięknie, co jakiś czas doświadczając tego fajnego mrowienia, które ujawnia się przy najlepszej muzyce.
Summation (czyli podsumowanie)
Świetna płyta. Po prostu. Od przeszło miesiąca ją katuję (choć nie non-stop) i wcale nie mam dosyć. Solidna, dopracowana produkcja, sprawiająca, że nie sposób nie poczuć się lepiej. To był bardzo dobry rok dla drum’n'bassu, a ten album to potwierdza.
Na koniec oczywiście próbka
Prode - Curved Trajectory
11-10-2006 at 2:04 | In drum and bass | 5 Comments
Background (czyli tło)
Kim jest Prode, można znaleźć w necie, choćby na jego oficjalnej stronie. To, co najważniejsze na początek to to, że Prode jest z Moskwy. Tak! Znów mowa o fenomenalnym zjawisku, jakim jest rosyjski drum’n'bass. Choć można spokojnie wydzielić dwa nurty z dramów tworzonych przez naszych wschodnich sąsiadów, czyli ten weselszy (często z babką nucącą po ichniejszym, często też totalnie odjechane remixy znanych kawałków) oraz mroczniejszy (zimne socjalistyczne industrialne klimaty), łączy je zamiłowanie do syntetyki - tu nie ma aksamitu, jazzu, czy funku. Jest twardo, mocno, ale skocznie i z przyjebaniem. Prode to wzorcowy reprezentant opcji numer 2.
Genre/style (czyli rodzaj/styl)
Pierwsze skojarzenie z kimś pośrod tych bardziej znanych jest proste, jak pęd do władzy Andrzeja Leppera - Dieselboy. Czyli mrocznie, groźnie, psychodelicznie, no i ciężko. Do tego wspomniany wyżej rosyjski pierwiastek i można podziwiać świetny tech- i darkstepowy efekt. Album jest pełny totalnie dziwnych dźwięków - buczenia, jazgoty, elektroniczne piski, kwaśne syntetyki są na porządku dziennym. Do tego miejscami etniczne odgłosy przywołujące na myśl krwiożerczych tubylców czyhających gdzieś w niedalekim zakamarku dźungli. Na pewno nie są to pozytywne rytmy, przy których myślisz o różowych kucykach skaczących po kwiecistej łące. Tutaj bardziej pasuje stado mechanicznych wilków szukających kolejnej ofiary pod osłoną mrocznego, opuszczonego miasta. Innymi słowy - porządny, zimny, industrialny klimat, w moim przypadku idealny do dłubania w kodzie, chociaż niektóre kawałki nadawałaby się i na parkiet, chociaż tylko w towarzystwie koneserów.
Goodies (czyli ‘dobrostki’)
Jak sprawdzić Prode w akcji? Bardzo łatwo:
Jeden track z płyty, czyli Oolong
konto na MySpace
muzyka na MySpace
Strona domowa
DJ Fresh - Escape From Planet Monday
01-10-2006 at 22:45 | In drum and bass | 4 CommentsBackground (czyli tło)
Choć gości o takiej ksywce jest jak burków na wsi, to idzie o tego dramenbejsowego DJ Fresha (bądź po prostu Fresha). Kim jest, można znaleźć na wikipedii, tamże krótka wzmianka o Breakbeat Kaos, czyli jego labelu. Owa wytwórnia w zeszłym roku uderzyła bardzo konkretnie z płytą Pendulum - Hold Your Color, która dotarła także poza grona lubujące się w dnb, a to jest już niezły sukces. Warto nadmienić, że Escape From Planet Monday to pierwsza solowa płyta Fresha, choć wcześniej już był obecny na singlach i w różnych mixach, nie wspominając o wcześniejszej działalności w Bad Company UK.
Genre/style (czyli rodzaj/styl)
Większość tracków to czysta technika i syntetyk - sampli praktycznie brak, czasem przewinie się przefiltrowana gitara, ale generalnie słychać słychać chirurgiczną precyzję w każdym dźwięku - brudu tu właściwie nie ma (poza trackiem z DJ Shadowem). Te cechy czynią album bardzo podobny do nadmienionego pendulumowego, co bynajmniej nie jest zarzutem. Linia basowa jest czysta i płynna, melodia utrzymana w barwach pozytywnych. Na pierwszy rzut uchem można by pomyśleć, że to dzieło ze stajni Hospital Records z tą małą różnicą, że ogólny power (także taneczny) jest znacznie większy, płyta buzuje pozytywną energią i jest świetną pozycją na jakąś bardziej ruchliwą imprezę.
Special guest stars (czyli goście)
Tak, warto poświęcić odzielny akapit zaproszonym artystom. W ostrzejszym numerze Nervous jest koleś z Apollo 440 - Mary Byker. W innym kawałku udziela się Neil Tennat z Pet Shop Boys, a wymiatający Closer to współpraca z samym DJ Shadowem, który jest niewątpliwie jedną z największych postaci niezależnej muzyki ostatnich lat. To, co razem zrobilil odbiega nieco klimatem od reszty albumu, ale słucha się świetnie - trochę spokojnego, a później ciężkiego breakbeatu z przywaleniem to jest właśnie to. Z gości typowo dnb’owych na płycie pojawia się MC Darrison (czyli kolejny dobry klon MC Dynamite’a) oraz Pendulum. Trudno, żeby takie postacie nie robiły wrażenia i na tym polu zdecydowanie nie zawodzą, a co ważne raczej dopełniają całości albumu, aniżeli błyszczą i o to własnie chodzi.
Summation (czyli podsumowanie)
Płyta ma szansę zawojować densflory i razem z ostatnim dziełem pendulum tworzy pewien nowy trend w dnb - bardzo elektroniczny i techniczny, mieszający się gdzieniegdzie z wolniejszym breakbeatem. Innymi słowy - interesująca pozycja dla osób, które niekoniecznie są w temacie, a chcą usłyszeć coś fajnego. Koneserom też powinno się spodobać, zwłaszcza tym, którzy lubią mieć przy czym poskakać - ten album w większości składa się z materiału wymarzonego do takich akcji.
I na sam koniec - próbka.
Big Bud
08-09-2006 at 1:48 | In chill, drum and bass | 2 CommentsW kręgu osób, które wiedzą, o co chodzi, pana Big Buda przedstawiać, raczej nie trzeba. Jeśli ktoś chce jednak coś więcej, to zapraszam na Last.fm (wow, jestem w ‘top fans’ :D). Wprawdzie jest to drum’n'bass, ale atmospheric, czyli ewidentny chillout i taki, hmmm, aksamit ;). Płynność, głębokość, spokój - te słowa zdecydowanie dobrze opisują ten rodzaj muzyki.
Słowa te pasują też świetnie do tego, co robi Big Bud, chociaż nie zawsze jego twórczość to dnb. Na płycie ‘Late Night Blues’ niektóre utwory można zaliczyć raczej do lo-fi, deep house’u, czy też dubu (zresztą chyba wszystkie jego tracki mają co najmniej lekko dubowy klimat, co jest cechą jak najbardziej pozytywną, rzecz jasna). Z kolei pierwszy album - ‘Infinity + Infinity’ to zdecydowanie tylko i wyłącznie atmospheric dnb w wyśmienitym stylu. Tu i tu nie brakuje saksofonu, czy cymbałów. Także bassline’om nie ma co zarzucić - bas jest mięki i ciągły. Niestety, trzeciej płyty (‘Producer07′) jeszcze na składzie nie mam, ale przy najbliższej okazji pewnie ten stan rzeczy się zmieni. Tego pana mogę brać w ciemno.
Jeśli chodzi o odczucia podczas słuchania Big Buda, to jest po prostu… błogo. Świetna muzyka na szare, jesienne dni, do relaksu, czy też do spędzenia czasu z drugą połową. Nie trzeba być miłośnikiem dramów, nie trzeba się na niczym znać, trzeba za to posłuchać i po prostu sobie odpłynąć… Jeśli ktoś lubi zasypiać przy muzyce z uśmiechem na ustach, musi sobie zanotowac tego kolesia w pamięci, nie ma zmiłuj ;).
Na próbkę: Big Bud - State Of Mind z albumu ‘Late Night Blues’
Blog at WordPress.com. | Theme: Pool by Borja Fernandez.
Entries and comments feeds.





