III, IV, V, VI Równa Polska

15-10-2006 at 15:52 | In bzdura, polityka | 2 Comments

Wstępu tytułem

Osób, które są zadowolone z tego, jak funkcjonuje polska oświata, służba zdrowia, policja itd. (głównie budżetówka), jak na lekarstwo. Większość zgodzi się przy tym, że chodzi o pieniądze, tzn. wpompowanie ich w dany sektor powinno przynieść dobre efekty. Błąd. Owszem, problem pod tytułem “niedofinansowanie służby zdrowia” itp. istnieje. Jednak moim zdaniem, na znacznie mniejszą skalę, niż się to wciska, a rozwiązania są banalnie proste :]. Podstawowy problem, to obowiązujący w naszym pięknym kraju kult równości, bądź, jak kto woli – przeciętności. Wywodzi się zdecydowanie ze wspaniałych czasów utrudnionego dostępu do czegokolwiek (PRL, jakby ktoś nie wiedział ;)) i do dzisiaj wiele na mocy nie stracił.

Początki

Kult szarego człowieka jest praktykowany od wczesnych klas podstawówki (tej państwowej), gdzie uczeń wybijający się na tle klasy musi zazwyczaj czekać na resztę, a jednostki odstające w taki, czy inny sposób od “wspólnoty” są zazwyczaj traktowane jako “materiał do naprawy”, a nie potraktowane z indywidualnym podejściem. Uczeń na 5-6 to taki, który idzie dokładnie takimi torami, jakie wyznacza nauczyciel, a nie ten, który poszukuje wiedzy na własną rękę, korzysta z innych źródeł, bądź różni się oceną jakiejś teorii, faktu, wydarzenia. Innymi słowy – więcej korzyści można osiągnąć, porzucając indywidualizm na rzecz ściśle utartych schematów myślowych, zapisanych w programie nauczania. Oczywiście są tu wyjątki – nauczyciele potrafiący dojrzeć i utrzymać ten ogień w uczniach, ale nie ma co się oszukiwać – są to nieliczne przypadki wymagane do potwierdzenia teorii.

“Po owocach poznacie ich”

Skoro więc ktoś przez kilkanaście lat jest przyzwyczajany do tego, że najbardziej ekonomiczną drogą w życiu jest przeciętniactwo, naturalne jest, że później także chce taką ścieżką podążać. Aspiracje młodych ludzi zgwałcone już przez system edukacyjny, sprowadzają się zatem często do założenia rodziny, etatu, możliwości weekendowego relaksu i… I chyba niczego więcej. Taki oto upośledzony osobnik zaczyna pracować na etacie w sferze budżetowej – urzędnik, nauczyciel, lekarz, policjant, ktokolwiek inny. Charakterystyka pracy na takim stanowisku jest podobna do charakterystyki nauki w szkole – najbardziej korzystna postawa to zrobienie swojego i nic ponadto. Jakość wykonywanej pracy nie jest doceniania, szybkość też. Idiotyczna jest sytuacja, w której tyle samo pieniędzy zarabia nauczyciel, który odwala swoją robotę i ten, co żyje swoją pracą, a podopieczni go uwielbiają. I tutaj sedno:

Co z tym zrobic?

Rozwiązanie jest tyleż proste, co, jak mi się wydaje, w obecnych warunkach szalenie trudne do wprowadzenia. Wystarczy bowiem uzależnić wysokość zarobków od osiąganych wyników, wprowadzić lekką konkurencję. O ile szkoły, czy szpitale w danym rejonie często ze sobą konkurują, to już w ich obrębie pracownicy są zazwyczaj świętymi krowami, tworzącymi “zgraną wspólnotę”, w której rywalizacja byłaby czymś jakże okropnym i niepożądanym. W praktyce nauczyciel może stracić pracę tylko w przypadku pobicia ucznia (a i to nie zawsze), a lekarz w przypadku pijaństwa w pracy, lub korupcji (też nie zawsze). Owszem, istnieje instytucja premii, dodatków motywacyjnych itp., ale na mój gust nie jest to środek wystarczający, zwłaszcza, że często dostają je wszyscy członkowie załogi, bądź odbywa się to rotacyjnie, bez zbytniego uwzględnienia wkładu w pracę.
Radykalnym, ale jakże rozsądnym wyjściem z sytuacji jest odrzucenie pustego mitu o bezpłatnej edukacji, czy też opiece zdrowotnej. Owszem – państwo powinno tworzyć warunki sprzyjające nauce biednych i rozwojowi najzdolniejszych (stypendia) oraz gwarantować podstawowy pakiet usług medycznych. Nie widzę natomiast nic złego w tym, żeby za szkołę płacić. Po skutecznym odciążeniu kieszeni podatnika o większą część kosztów utrzymywania szkół i placówek służby zdrowia sądzę, że jednak większość ludzi będzie stać na wysłanie dzieci do szkoły i na wizytę u lekarza. Z kolei same ośrodki edukacyjne i przychodnie, szpitale etc., zmuszone do walki o “klienta” podniosą jakość “usług”. Owszem, część na pewno odpadnie, ale na tym polega oczyszczająca rola zdrowej konkurencji.
W samych natomiast placówkach publicznych nie widzę większych problemów natury prawnej/ustawodawczej, które przeszkadzałyby w niewielkim zróżnicowaniu wynagrodzeń w oparciu o jakość wykonywanej pracy. Oczywiście pozostaje kwestia samej weryfikacji owej jakości. Na mój gust, ponieważ to uczeń, pacjent, petent etc. jest najważniejszy, podstawowym miernikiem mogą być ankiety, oczywiście z uwzględnieniem zdania tzw. kierownictwa i tzw. zespołu pracowniczego. Niestety na drodze ku zracjonalizowaniu sytuacji stoją bariery mentalnościowe – właśnie kult równości, pochwała przeciętniactwa.
Konieczna jest także zmiana kształcenia na kierunku pedagogiki. Na paranoję zakrawa sytuacja, w której mimo niżu demograficznego w szkołach, do bycia nauczycielem przygotowują się tłumy. Zmniejszenie naborów o co najmniej 75% zdecydowanie podniosłoby jakość i rangę wykształcenia pedagogicznego i zdecydowanie zwiększyło odsetek nauczycieli z powołaniem w sercu, a nie tylko w ustach, potrafiących wyłuskać i “poprowadzić” zdolnych uczniów, zamiast ucinać im skrzydła. Jestem bowiem zdania, że “Równa Polska” zaczyna się właśnie w szkole i tam musi być najpierw wytrzebiona.

Na koniec

Doskonale zdaję sobie sprawę, że mój punkt widzenia może budzić kontrowersje, zwłaszcza wśród osób ślepo wierzących powszechną równość i niekoniecznie prawidłowo pojmowaną tzw. sprawiedliwość społeczną. Proponuję jednak nad tym się porządnie zastanowić, mając do czynienia z panią w okienku robiącą łaskę, że istnieje, idąc na prywatną wizytę do lekarza, który w publicznym ośrodku zdrowia nie ma czasu, ani chęci na każdego pacjenta, czy też narzekając na opieszałość policji. Sprawiedliwość społeczna nie polega na tym, że jakaś grupa ma dostawać więcej, bo jej się należy. Nie chodzi w niej też o zamienianie odpowiedzialności indywidualnej na zbiorową, czy też przycinanie wszystkich do jednego wzorca. Sprawiedliwość społeczna polega na tym, że ktoś, kto robi coś naprawdę dobrze, zasluguje w zamian na więcej, a ten, który idzie po najprostszej linii oporu – na mniej. Tylko tyle i aż tyle…

2 komentarzy »

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. Adres TrackBack

  1. ze tez ci sie chce tyle pisac;p

  2. Niestudiowanie podnosi kondycję umysłową ;)


Dodaj komentarz

XHTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <pre> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Blog na WordPress.com. | Theme: Pool by Borja Fernandez.
Entries and comments feeds.